Dlaczego mamy za mało rodzin zastępczych?

Anna Krawczak 24 września 2020r.

Po tym, jak skomentowałam krytycznie zbiórkę „na olej do frytek, nutellę i pieluchy” w domu małego dziecka na Drużynowej w Łodzi, gdzie – przypomnę – miesięczna stawka na dziecko wynosi 9384 zł, a roczny koszt zatrudnienia personelu przekracza 7,5 miliona złotych (w komentarzach poniżej wklejam źródła), odezwali się w dyskusji również pracownicy domów dziecka, w tym domu dziecka z Drużynowej. Postanowiłam więc kolejny wpis poświęcić temu, jak wyglądają realia niezawodowej rodziny zastępczej. Mam głębokie przekonanie, że jest to temat bardzo mało znany i warto o nim wreszcie porozmawiać, nawet jeśli w tym przypadku odsłaniam prywatność mojej rodziny i swoją własną.

Chciałabym, żeby ten wpis dostarczył tropów do odpowiedzi na pytania:

– dlaczego mamy za mało rodzin zastępczych?

– czemu ludzie nie są zainteresowani podjęciem tej pracy/misji?

– jaki jest związek pomiędzy zasilaniem pieniędzmi samorządowymi placówek (domów dziecka) i odpływem rodzin zastępczych, a w najlepszym razie stagnacją rodzinnej pieczy zastępczej?

Moją przewodniczką po tym temacie będzie jedna z pracownic domu małego dziecka na Drużynowej, pani Martyna Janiszewska, która skomentowała mój wpis następująco:

„Absolutnie nie rozumiem dlaczego w poście jest odniesienie do zarobków pracowników DD skoro są śmiesznie małe, mowa o urlopie, który „należy się jak psu miska” – nie wyobrażam sobie dlaczego miałby się nie należeć skoro to praca jak każda inna i każdy człowiek ma prawo do urlopu ? to nie wolontariat tylko praca zarobkowa. Absolutnie zapraszam autorkę posta na jeden dyżur do dd, dwóch wychowawców na mieszkaniu do 11 dzieci w przedziale wiekowym od malucha do szkolnego dziecka i potem proszę pisać uszczypliwe komentarze o wolnym czasie ✌️ Również jestem na zamknięciem DD tylko proszę najpierw zlikwidować pijaństwo, narkotyki, agresję… I swoją falę żalu i hejtu przelać w odpowiednią stronę, bo fakt, że dzieci przebywają w dd nie jest winą wychowawców …”

No więc niezawodową rodziną zastępczą zostaliśmy z mężem jesienią 2016 roku, było to cztery lata temu.

Rodzina niezawodowa nie zarabia „śmiesznie mało”, ponieważ nie zarabia wcale.

Nie mamy pensji.

Napiszę to jeszcze raz: nie mamy pensji.

Nie jesteśmy zatrudnieni przez miasto, powiat ani gminę.

Robimy wolontariat, bo tak to przewidziała ustawa. Rodzin niezawodowych jest najwięcej i to na nich opiera się rodzinna piecza zastępcza.

Jako rodzice zastępczy niezawodowi wychowujemy dzieci bez wynagrodzenia, dostajemy jednak świadczenie na dziecko, które ma pokryć potrzeby (żywieniowe, mieszkaniowe, odzieżowe, pielęgnacyjne, kulturalne etc.) powierzonych nam dzieci.

To świadczenie ma wartość 1052 zł miesięcznie i towarzyszy mu dodatek 500+, który jednak przysługuje każdemu dziecku, temu w placówce też. I temu w domu rodzinnym także.

Chciałabym więc pokazać, co przez cztery lata robiłam ze świadczeniami na swoje dzieci, i jak ma się to do kosztu utrzymania dziecka w placówce (przypomnę: 9384 zł, z czego 70% stanowią koszty utrzymania personelu, a 30% to koszty utrzymania samego dziecka; 30% tej kwoty to 2300, a więc dwukrotnie więcej niż stawka na dziecko w rodzinie zastępczej) oraz co w tym czasie działo się z nutellą, olejem i pieluchami w naszym domu.

Najpierw napiszę, dlaczego w ogóle zostaliśmy rodziną zastępczą niezawodową. Otóż dlatego, bo chcieliśmy pomagać dzieciom. Mieliśmy też poczucie, że skoro mamy stół dla sześciu osób, a zasiadają przy nim codziennie cztery osoby (mąż, ja i nasi dwaj synowie) to podzielimy się tymi dwoma dodatkowymi miejscami z dziećmi, które musiały zostać zabezpieczone poza swoimi rodzinami pochodzenia.

Nie zastanawialiśmy się wtedy nad kasą, misją ani górnolotnymi niuansami. Jesteśmy rodzicami. Wychowywanie dzieci to nie jest dla nas ekspedycja na Czomolungmę, to codzienność.

Nie było w tym bohaterstwa, a prywatnie twierdzę (choć to niepopularne i nie powinnam tego pisać publicznie), że dokładnie takie powinny być korzenie decyzji o podjęciu się rodzicielstwa zastępczego: robisz to, bo masz miejsce w sercu i w domu.

Jeśli na twojej kanapie zmieści się kolejna osoba to się zwyczajnie posuń. Jeśli brakuje ci specjalistycznej wiedzy, dostaniesz ją podczas szkolenia, a zwłaszcza od innych rodzin zastępczych, które dzielą się swoimi doświadczeniami i stanowią źródło nieocenionej wiedzy. Takie grupy środowiskowe działają bardzo prężnie.

Dla mnie rodzina zastępcza nie jest powołaniem, nie jest heroizmem i nie potrzebuję do bycia matką ani słów Jana Pawła II, ani motywacyjnych opowiastek Mateusza Grzesiaka.

Chciałabym, aby to wsiąkło:

są w tym kraju ludzie, którzy mają tak jak ja.

Lubią dzieci, lubią się nimi zajmować, chcą im pomagać i mają emocjonalne zasoby, by to robić. Chcą, żeby państwo im to ułatwiło, oczekują szacunku i przede wszystkim wierzą, że:

MIEJSCE KAŻDEGO DZIECKA JEST W RODZINIE

Nie w zakładzie. Nie w placówce z pastelowymi tapetami. Nie w instytucjach, w których za grubą kasę samorządową zatrudnia się na etat pokojowe, magazynierów i intendentów, a i tak nie styka na płatki śniadaniowe dla dzieci.

Bo żadne dziecko, którego rodzina pochodzenia z różnych powodów nie może/nie powinna się nim zajmować, nie powinno żyć na wiecznych koloniach z kadrą wychowawczą. Powinno żyć w innej rodzinie.

Nasze dzieci były małe. Były w wieku przed-przedszkolnym, a ponieważ zostały umieszczone w naszej rodzinie właśnie dlatego, bo miały dostać opiekę rodzinną, mój mąż zrezygnował z pracy, by się nimi zajmować.

W ten sposób zostaliśmy na jednej pensji – mojej.

Pracuję zawodowo od lat, mam elastyczny czas pracy, ale nie zmieniało to faktu, ze przez cztery lata – i też chciałabym, aby to wsiąkło – nasze miesięczne dochody na sześciu członków rodziny NIGDY nie przekroczyły 9384 zł, a więc stawki, która przeznaczona jest na jedno dziecko umieszczone na Drużynowej.

Zapewne jesteście ciekawi, w jaki sposób żyliśmy i jakie nowe metody przetwarzania kapusty i obierek od ziemniaków wynaleźliśmy, aby wykarmić sześć osób.

W okresie od 2016 roku do sierpnia 2020 roku powierzona mi w rodzinną pieczę zastępczą dwójka dzieci:

– odwiedziła łącznie 36 specjalistów medycznych (od seksuologa i psychologa, przez laryngologa, okulistę, stomatologa, skończywszy na dermatologu i diagnostyce FAS. Korzystałam głównie z NFZ, ale czasem przyspieszałam wizyty płacąc za nie komercyjnie);

– została objęta pełną terapią w ramach Ośrodka Wczesnej Interwencji (fizjoterapia, logopedia, rehabilitacja ruchu, pedagog, psycholog), która trwa do dziś;

– w każde wakacje korzystała z turnusów terapeutycznych w ramach OWI;

– zaliczyła cztery przyjęcia urodzinowe, cztery wigilie, cztery Wielkanoce, z których urobkiem było jakieś sześć taczek prezentów obejmujących także: rowery, hulajnogi, maty edukacyjne, drewniane kuchnie i samochód na akumulator. Nie liczę pierdół w rodzaju lalek, układanek, puzzli i tak dalej;

– zgromadziła taką ilość ubrań, butów, strojów karnawałowych etc., że w obecnej chwili zajmują one wszystkie pawlacze, jedną garderobę i kilka kartonów w garażu. Aktualnie robię z nich paczki i przekazuję innym rodzinom zastępczym. Tak, w większości były to rzeczy po innych dzieciach (dzięki wszystkim kochanym znajomym, dzięki jeszcze raz ?), ale nie mam totalnie presji na kupowanie dzieciom nowych ciuchów, szczególnie w czasach katastrofy klimatycznej i ograniczania śladu węglowego;

– kilkanaście razy była z nami w różnych restauracjach, bo uważam, ze dzieci trzeba zabierać także do takich miejsc i jest to częścią doświadczenia rodzinnego;

– odwiedziła wielokrotnie: kino, Teatr Narodowy, Warszawską Operę Kameralną, Teatr Małego Widza, Filharmonię Narodową, zoo, Teatr Niewielki. Nigdy nie korzystałam z darmowych biletów, bo ich nie dostawałam, ani o nie nie prosiłam. Kupowałam te bilety jak każda osoba, komercyjnie, ponieważ ideowo unikam spędów pt. „miasto daje darmową pulę biletów dla sierotek” (i tak nie daje). Moje dzieci nie są sierotkami, moje dzieci nie mają być wyróżniane z tłumu ani stygmatyzowane faktem bycia w pieczy. Moje dzieci mają doświadczać normalności w rodzinie. Moje dzieci nie są i nie będą zinstytucjonalizowane. Nigdy.

A teraz napiszę coś o urlopie, który Pani Martynie Janiszewskiej należy się jak psu miska i „każdy człowiek ma prawo do urlopu”, a mnie się nigdy nie należał, ponieważ Pani Martyna ma etat w domu dziecka, a ja jestem niezawodową rodziną zastępczą i miasto dało mi wolontariat (choć równocześnie moje miasto bardzo pragnie przestawić się na pieczę rodzinną i wyjmować dzieci z placówek. Moje miasto bardzo się dziwi, dlaczego mu się to nie udaje):

– nigdy nie miałam urlopu od życia, które opisuję. Tak, na początku go potrzebowałam, bo sytuacja tak kompletnej zmiany mnie przytłaczała i bardzo pragnęłam choć dwóch godzin w tygodniu, które moglibyśmy z mężem spędzić tylko z własnymi synami. Też byli przytłoczeni.

System nigdy tej potrzeby nie rozpoznał: rodziny zastępcze nie dostają opieki wytchnieniowej, opiekunek do dzieci na kilka godzin, urlopu, dziennego wsparcia. Nie mamy dyżurów, nasza praca trwa 24/7. Nikt nas nie zmienia i nie wyręcza. Nie pracują dla nas psycholodzy, pedagodzy, logopedzi, psychiatrzy i terapeuci, którzy są rutynowo zatrudniani w placówkach.

– a mimo to okazało się, ze jednak jesteśmy w stanie mieć te urlopy, ale po prostu jako rodzina. Jeden organizm. Dlatego moje wszystkie dzieci w ciągu czterech lat- za przychód rodzinny niższy niż 9384 złote miesięcznie, przypominam – zwiedziły z nami głównie w trybie campingów: Słowenię (2 razy), Białowieżę, Beskid Niski, Włochy (dwukrotnie), Francję, kawałek Hiszpanii, Chorwację, Niemcy i polskie wybrzeże.

Jedyne, czego nie udało mi się zrobić w ramach tych pieniędzy to zrealizować rodzinnego wyjazdu do Disneylandu, który kiedyś obiecałam dzieciom i o którym marzą. Sorry, na to nie byłam już w stanie odłożyć kasy. Na to faktycznie nie starczyło i nadal nie starcza.

A teraz chciałabym to jakoś podsumować:

moje wyliczenia, ile kosztuje utrzymanie dziecka w pieczy instytucjonalnej zwanej domem dziecka, NIE SĄ wymierzone w zatrudnionych tam pracowników.

Są wymierzone w absurd polskiego systemu, samorządowej niegospodarności i kompletnej ślepoty wobec praw dziecka, w tym podstawowego prawa do wychowania w rodzinie.

Dlatego piszę i będę pisać nadal, ze domy dziecka są strukturami archaicznymi, generującymi niebotyczne koszty dla samorządów, rozdętymi administracyjnie i nieopłacalnymi pod każdym względem, poza tym że niezgodnymi z wytycznymi Unii Europejskiej w zakresie deinstytucjonalizacji i z konwencją o prawach dziecka. To nie jest mój awangardowy pogląd; to od wielu lat pedagogiczny mainstream Europy (a także Kanady i Australii, w których nie ma już domów dziecka).

Utrzymywanie placówek, budowanie nowych, restrukturyzowanie starych powoduje jedynie to, że systematycznie odpompowywuje się samorządową kasę na rozwój rodzinnej pieczy zastępczej. Przez co ona się naturalnie nie rozwija, bo trudno odżywiać organizm bez podawania mu jedzenia.

Rodziny zastępcze są pariasami – albo pracują w pełnym wolontariacie, albo stają się rodzinami zawodowymi i wtedy zarabiają miesięcznie ok. 2000 zł brutto (w małym mieście) i ok. 3000 zł brutto (w dużym mieście). To nigdy nie jest umowa o pracę, ponieważ prawo pracy nie przewiduje takiej formy zatrudnienia, które trwa całą dobę, tydzień po tygodniu i rok po roku.

Zasuwamy na śmieciówkach, jeśli jesteśmy rodziną zawodową.

Nie mamy prawa do urlopu, jeśli jesteśmy rodziną niezawodową.

Nie mamy dyżurów.

Nie mamy specjalistów do obsługi potrzeb powierzonych nam dzieci, których mają placówki, ponieważ usługi w rodzinnej pieczy zastępczej są dramatycznie niedoinwestowane i skrajnie nierozwinięte. Tak samo nie mamy dostępu do sal integracji sensorycznej i sprzętu rehabilitacyjnego, w które wyposaża się wiele placówek w ramach „restrukturyzacji”.

Nie mamy kierowców ani dofinansowania do zakupu samochodu siedmioosobowego bądź busa, które przysługują placówkom (znajoma fantastyczna rodzina zastępcza niezawodowa ma aktualnie w pieczy 11 dzieci – ja też zapraszam Panią Martynę do odwiedzin, może się przy okazji podzielić pomysłem na codzienny transport tych dzieciaków do szkół, bo samorząd tego nie wspiera, władze centralne też nie. I ustawa też nie. Jest to wyłączna sprawa matki zastępczej tych dzieci, jak je dowiezie).

Pracujemy w kraju nieprzyjaznym prawom dziecka, który traktuje dziecko jak własność rodziny biologicznej i przypomina nam o tym na każdym kroku.

Mamy jednak dzieci, a nie wychowanków.

Każdego roku powstają w Polsce nowe domy dziecka, w ubiegłym roku aż 19 placówek. Każdego roku poszczególne powiaty wydają grubą kasę na ‚promocję rodzicielstwa zastępczego’, które się jakoś nie chce dać wypromować samymi tylko zachęcającymi hasłami, zadziwiające. Polska wciąż nie może rozwinąć dobrze funkcjonującej rodzinnej pieczy zastępczej ani pozyskać kandydatów do pełnienia tej funkcji, choć do zaproponowania ma im to, co opisuję powyżej i poniżej, i co zarazem kieruję do wszystkich osób zastanawiających się nad zostaniem rodziną zastępczą:

Ten system jest gówniany, wierzcie.

Nie będziecie szanowani.

Będziecie słyszeć, ze robicie to dla kasy.

Będziecie kontrolowani i rozliczani z każdej pierdoły i złotówki, choć i tak dostajecie ich głodową ilość.

Nie dostaniecie wsparcia, skróconej ścieżki dostępu do specjalistów, opieki dziennej, pomocy wytchnieniowej.

Osłon socjalnych ani umowy o pracę.

Każe się wam wybierać między bezpieczeństwem powierzonych wam dzieci, a posłuszeństwem wobec systemu, kiedy otrzymacie nakaz urlopowania dziecka na weekend do rodziny biologicznej, która właśnie ma toczącą się w prokuraturze sprawę o molestowanie seksualne tego dziecka.

Nie będzie żadnego bufora między wami i organizatorem rodzinnej pieczy zastępczej, bo struktura go nie przewidziała.

Będziecie się spalać, frustrować z niemocy, wkurwiać jawną obojętnością tego systemu na krzywdę dziecka.

Nie dostaniecie wsparcia w problemach z dzieckiem z zaburzeniami osobowości, bo usłyszycie, że znalezienie pomocy to wasz problem. A kiedy wreszcie powiecie, że nie dajecie już rady usłyszycie, że daliście dupy i to wasza wina, placówka by tę radę dała.

I zobaczycie, że ona faktycznie daje radę: ze swoimi specjalistami, sprzętem, doposażanymi salami, systemem dyżurów, należnymi urlopami dla pracowników, życiem prywatnym pracowników.

Tak, placówka daje radę.

Ale pamiętajcie – i mówię teraz śmiertelnie serio – to jest najlepsza praca, jaka istnieje. Nic nie da Wam takiej satysfakcji, poczucia spełnienia, egzystencjalnego sensu i pewności, ze Wasze życie i wybory mają znaczenie, jak właśnie bycie rodziną zastępczą.

Warto, cholernie warto robić to dla dzieci.

Każdemu z nich naprawdę zmieniacie świat: nie na dyżurze, nie doraźnie, ale każdego dnia, dzień po dniu, bo czynicie je częścią swojej rodziny. Nie życia zawodowego z prawem do urlopu i zakończonego dyżuru.